Wednesday, April 22, 2009

WATER WATER EVERYHERE...SABAIDEE PII MAI VIENTIANE!!!





The slow and sleepy pace of Vientiane makes you just that. It's sights can probably be seen in just one busy day but what's the rush? They can also be spread out over days with a sight thrown in every now and then between lots of smoothies and Beerlao and just general sit-downs. During the first two days of our visit we frequented some temples at our leisure, as well as the Pathuxai, Vientianes answer to l'Arc de Triomphe which has a plaque on the wall stating that it looks "even less impressive up close" than it does from far away(!?), it's got great views from the top though. The temples were extra colourful on account of the imminent new lunar year. The place was bustling with buddhist monks and devotees putting the final touches to banners, bunting and the like. The excitement in the air was very contagious as we wondered what was in store.









Well we'd heard there'd be water but we never dreamed there'd be quite this much! The lunar new year is celebrated with lots and lots of water here, and not by drinking it either. We managed to make it to breakfast staying relatively dry and then acquired ourselves some super soakers in the hope of some protection. It wasn't long before we accepted the need to upgrade said soakers. On every street, outside every business was a party. Each of these parties had a large tub of water as a centre piece with a hose pumping fresh water into it so that it was always full. Each member of each party had in their possession a bucket of some description. Neither age nor denomination deemed you safe from an absolute soaking as you passed. If your bucket wasn't getting the desired effect then the hose surely did! Grannies passed dripping in water while smiling and wishing "sabaidee pii mai"(happy new year) to her soakers. To bring even more fun to the proceedings scores of pick up trucks circled each block with an army aboard carrying water bombs, hoses and super soakers. Add to this enough Beerlao to quench the thirst of Ireland and you got yourself a hell of a party! By the early afternoon we were completely immersed in the proceedings, unwittingly joining a local party along the way and generally getting as soaked as one can possibly be, and downing Beerlao like locals too. I'd forgotten how much fun a good water fight can be. And this was only day one of the three day celebrations. We wish we had more photos but water and cameras are not good friends.







Day two presented more of the above. We had considered maybe not getting as wet today but it proved a naive thought. Another afternoon of heavy water bombardment later and we were quite exhausted. The Lao revellers, however, showed no sign of weakness and so on the party went... Can this madness really go on for yet another day??? Oh yes it can! Donning the same clothes for the third day in a row we took to the streets once more with only our super soakers as protection. Couldn't get too wet today, we had a 24 hour bus trip to Hanoi to look forward to in the evening. We got soaked!

Monday, April 20, 2009

LES AND PRZEM ARE CURRENTLY LISTENING TO...

Not a day has passed on our Thai/Lao visit that our ears have not had the pleasure of taking in this gem of a choon. Pure plastic pop perfection made in Thailand. Expect to become better acquainted with The Wonder Girls exclusively chez nous this autumn. Real song starts 2 minutes in. WE LOVE IT!

Nie bylo ani jednego dnia podczas naszego pobytu w Tajlandii i Laosie zebysmy nie uslyszeli tej piosenki conajmniej kilka razy. Absolutny numer jeden podczas obchodow Nowego Roku przed tygodniem, hicior, ktorym bedziemy czestowac wszystkich na naszych jesiennych imprezach i nie tylko. Posluchajcie i sporobujcie nie wpasc w sidla tej melodii!!! Pierwsze dwie minuty klipu musicie przeczekac prawdziwa piosenka zaczyna sie w 2giej minucie filmu. Popowa perla made in Thailand.


">

Thursday, April 16, 2009

A POSTCARD FROM / POCZTOWKA Z VANG VIENG...

...Where we did...not very much at all actually...
...Gdzie zlapalem natretnego wirusa i przelezywszy w lozku kilka chorych dni nie zobaczylem praktycznie nic...

Wednesday, April 15, 2009

POSTCARDS FROM / POCZTOWKI Z PHONSAVAN

... gdzie probowalismy zglebic tajniki enigmatycznych urn, ktore od 2 i pol tysiecy lat sa sobie tylko w tej jednej prowincji Laosu i nikt pomimo wielu lat badan nie wie skad i dlaczego sie one tam wziely...
... where we pondered on the great enigma of a huge plain of large stone jars...the work of aliens perhaps?...an ancient mystery indeed...









DO PRZODU ZYJ, ZYJ KOLOROWO, MARZENIA NAJBARWNIEJSZE MIEJ... WLOCZYKIJE W LUANG PRABANG



Po pierwszych fantastycznych przezyciach w Laosie wyruszamy na poludnie do ongis stolicy czarownej i przystojnej miesciny Luang Prabang. Kolejna trase autobusem spedzilem w podobnym stylu z nosem przyklejonym do szyby w oslupieniu jaki Laos jest piekny. Gorzyste tereny w monochromatycznym patchworku soczystych zieleni, wioski plemienne podobne do tej z Luang Nam Tha, ktora wlasnie co odwiedzilismy... Laotanki odziane w tradycyjne, recznie haftowane spodnice z obowiazkowym dodatkiem - parasolka, ktora sluzy w kazdych okolicznosciach pogodowych. W sam raz na pluche i w sam raz na skwar zarzacy sie z nieba.
Luang Prabang jest przytulnym, barwnym przystankiem z wyrazna aura francuskiej ery kolonialnej w wielu jego aspektach. Lezace wygodnie nad rzekami Mekong i Nam Ou drugie co do wielkosci miasto Laosu ma zaledwie 60 tysiecy mieszkancow i niepoliczalna niemalze ilosc turystycznych atrakcji. Zwlaszcza atrakcji o towarzysko-socjalnym zabarwieniu bo kafejek, restauracji, barow i jadlodajni tutaj dostatek. O francuskim charakterze Luang Prabang przypominaja nie tylko kolonialne budynki z okiennicami, nie tylko sympatyczny pan lodziarz z bezblednym akcentem en francais ale takze a moze i przede wszystkim piekarenki a co za tym idzie swiezutkie, chrupiace, cieplutkie bagietki, ktore szybko staly sie nasza codzienna dieta. A zabawilismy tutaj calych 6 dni!



Domowa atmosfera, zolwie wrecz tempo wydarzen, strefa mocno-relaksogenna i kawa za kawa. Prawdziwa aromatyczna poludniowo-laotanska z lyzeczka skondesowanego mleka. Jeden z dni w strugach niepoprawnie rozbrykanego deszczu spedzilismy w calosci siedzac w wiklinowych fotelach na werandzie jednej z restauracji przy kilku filizankach pachnacego napoju. Czy my juz wspominalismy, ze deszczowe chwile, przez to ze tak rzadkie, zawsze staja sie pretekstem do slodkiego nicnierobienia i beztroskich westchnien a la domowa leniwa niedziela?



Kolorystycznie i klimatycznie Luang Prabang cieszy wszystkie zmysly. Malownicza architektura, zloto-czerwone kunsztownie zdobione buddyjskie waty, bujna roslinnosc wtym wszechobecne drzewa magnoliowe, rzeskie zachody slonca i obligatoryjny akcent pomaranczowy w postaci buddyjskich mnichow, ktorych jest tutaj co niemiara.











Smakowo zanim pochlaniamy kolejna bagietke z jednego z ulicznych kramow lunchowa pora, sniadania w postaci pikantnych orientalnych zup "wcinamy" w iscie laotanskim stylu w jednym z kilkudziesieciu ulokowanych wzdluz rzeki Mekong bufetow. Kto by pomyslal, ze w ciagu 6 zaledwie miesiecy dane nam bedzie doswiadczyc stolowania sie nad Nilem, Gangesem i Mekongiem...





Centrum miasta zostaje zamkniete dla pojazdow czterokolowych od wczesno wieczornych godzin kiedy to otwiera swe podwoje wielki targ rekodziel, papierowych parasolek, turystycznych t-shirtow, lampionow i innych cudeniek. Zakupy kusza a jakze.





Opcji browarowo-likierowych tez jest do wyboru do koloru. My szczegolnie ulubilismy sobie taki jeden uliczny przybytek serwujacy wysmienite koktajle, piwko i czestujacy stalych klientow "szocikami" regionalnego trunku Lao Lao na koszt firmy. Miasto zapada w gleboki sen grzecznie o polnocy z oficjalna godzina policyjna.



Luang Prabang jest takim zaczarowanym miejscem, ktory sie kosztuje najlepiej malymi lyczkami. Uczta kulturalno-wizualna, ktora mozna sie delektowac dzien za dniem w nieskonczonosc przedluzajac zaplanowany tutaj pobyt. Od ekstrawaganckich swiatyn, nieco mniej "wymuskanych" niz ich tajskie siostry, z intrygujacym elementem jakiejs blizej niezidentyfikowanej tajemnicy, przez zarazliwie jego leniwe tempo i latwosc w nawigacji, Luang Prabang jest wymarzonym miniaturkowym przystankiem w Azji, idealnym dla zatesknionego za domem "wloczykija"... Wybierajac fotografie do tego felietonu zdalem sobie sprawe, ze w zadnym miejscu wczesniej, moze poza Udaipurem, nie udalo mi sie "schwytac" tylu ladnych ujec, sie pochwale troszku...









Och i ach jak my sie w Laosie zaduzylismy...

Sunday, April 12, 2009

POUR CELINE...

C'etait merveilleux avec toi a Luang Prabang! Tour de France en 2010 oui oui!!! On t'embrasse tres fort. XXX



PUTTIN OUR FEET UP IN LUANG PRABANG...OOH LA DETENTE!





We decided that we deserved some(more)relaxation time(again)in Luang Prabang having trekked our little hearts out in Luang NamTha and that is what we got. A host of beautiful French cafes flank the main street where pastries and coffee are served with great gusto to hungry westerners. Elegant French architecture is everywhere you look and the slow pace of the tiny city wholly draws you in, so that within hours you're chillin' like a local.



Along the banks of the Mekhong can be found a string of small family-run restaurants with attractive decks hanging over the river. Taking our new local roles very seriously we could be found on these decks during any mid-morning, devouring some spicy Lao soup for breakfast, and enjoying the view of flag-adorned boats cruising up and down the murky Mekhong waters.





If it's Wats your after you'll not be disappointed either, we engaged in a spot of Wat inspecting ourselves. The temples in Laos are somewhat more rustic than some of their Thai relatives, making for an altogether less polished photo opportunity. They still are smothered in lashings of gold, gems and dragons though, just so none of the drama is lost.





The rains came for two of our days spent in Luang Prabang which made it feel even more cosy than before. We spent the entirety of these days sitting in cafe after cafe followed by more cafes, we just love coffee!



And there was more to be excited about... Baguettes! Yup, incredible big doughy french baguettes with a choice of filling, all whipped together by some cheeky Lao ladies and served with a smile. We were no strangers to putting away two or even three of these babies each in a day, and that's before we even got started on the vegetarian buffet at the night market. The night market is the place to stock up on Beerlao tshirts and local handicrafts too should you be that way inclined.



...Oh and the Beerlao washed all the carbs down ever so well. We had so much fun guzzling bounteous amounts of beer and cocktails with our new French best friend, Celine. French tour 2010, chalk it down! A bientot xx

JEDEN DZIEN Z ZYCIA PLEMIENIA AKHA...



Po zalatwieniu wszelkich wizowo-paszportowych formalnosci w Houay Xai jestesmy jednymi z nielicznych w sporej grupie turystow, ktora nie decyduje sie na podroz wzdluz rzeki Mekong do Luang Prabang. Choc miasto to jest w naszych planach, my ruszamy najpierw ku lekko zapomnianej polnocy a scislej do Luang Nam Tha.
Pierwsza podroz w Laotanskiej Republice Ludowo-Demokratycznej (oficjalna nazwa kraju) to lyk prawdziwej Azji. Geste, dramatyczne, wielowarstwowe polacie zieleni, wzgorza, doliny, szalona trasa w ksztalcie serpentyny... Z nosem przyklejonym do szyby przez bite cztery godziny nie moge wyjsc z podziwu jak tu pieknie i dokladnie tak jak sobie Laos wyobrazalem.
Na miejscu w Luang Nam Tha rezerwujemy sobie miejsca na dwudniowa wyprawe w glab dzungli z wizyta w plemiennej wiosce ludu Akha - jednej z 49 mniejszosci narodowych tego fascynujacego kraju. Naszym przewodnikiem i kucharzem jednoczesnie jest wiecznie usmiechniety, pogodny Phonsak i jego kolega przedstawiciel plemienia, ktore odwiedzimy wieczorem. Zanim wyruszymy pelna para ku kolejnej perypetii (uwielbiam bawic sie tym slowem bo brzmi tak smiesznie w liczbie pojedynczej:-) zatrzymujemy sie na lokalnym targowisku gdzie nasi opiekunowie zaopatruja nas w wode i wszelkie kulinarne niezbedniki. W towarzystwie sympatycznej zalogi francusko-szwedzkiej ruszamy ku wyzwaniu.





To czwarta nasza dzunglowa wedrowka i znowu w zupelnie innym charakterze. W Nepalu tropilismy nosorozce i krokodyle, w Malezji poszukiwalismy dzielnie najwiekszego kwiatu na swiecie by z kolei w Indonezji zobaczyc orangutany. Tym razem nasza wyprawa poza kolejnym zetknieciem sie z dzunglowa flora i fauna ma aspekt socjalny czy wrecz antropologiczny. Po raz pierwszy bowiem dane nam bedzie odwiedzic najprawdziwsze wysoko-gorskie plemie.



Luang Nam Tha jest mekka eko-turystyki i podchodzi do odwiedzania plemiennych wiosek z olbrzymia ostroznoscia, wyczuciem i szacunkiem dla ich mieszkancow, ich obyczajow i kultury. Nasza wykupiona wyprawa takze w czesci wspiera finansowo wlasnie te odwiedzana przez nas wioske.
Po 6ciu godzinach przeprawy przez lesne gaszcze, chwilami wspierajac sie lianami w iscie tarzanskim stylu, po wysmienitym lunchu serwowanym na gigantycznych lisciach bananowych, ktory palaszujemy recznie wystruganymi dla nas paleczkami, docieramy do celu eskapady.



Oto przed nami wysoko niemalze w chmurach, ponad drzewostanem dzungli wznosi sie skromna wioska ludu Akha. Az trudno uwierzyc ale jest to jeden z najpiekniejszych widokow na naszej tak przeciez bogatej w atrakcje podrozy. Miejsce, w ktorym czas zatrzymal sie w miejscu. Miejsce gdzie dominuje prostota, podstawowe nieskomplikowane zasady. Surowo, biednie i zgrzebnie ale jak szczesliwie i z usmiechem zyje sie tym ludziom. Mala lekcja przecierajaca kazde zachodnie oko...





Wioska nadal nie ma doplywu elektrycznosci za dnia korzysta z napedu slonecznego. Ma tylko kilka wodnych pomp, ktore sluza wszystkim jako lazienka. Kobiety w strojnych tradycyjnych spodnicach po zamazpojsciu nie nosza gornych okryc. Malenkie bobasy przepasane na plecach grzecznie sobie siedza przytulone do swoich mam. Wokolo swinki, kaczki, kury i krowy. Najmniejsze prosiaczki na swiecie! Glosno i zwawo sie dzieje w tych rejonach wioski gdzie bawia sie dzieci. Ulubione gry to wyscigi w workach po ryzu i popedzanie kijkiem rowerowej opony. A ile radosci ile uciechy ze az lezka sie w oku kreci. W tych wlasnie najbiedniejszych najbardziej odleglych zakatkach swiata spotykamy sie z najwieksza zyczliwowscia, pogoda ducha i zniewalajacymi usmiechami. Wioska ma swojego szamana, zyje z uprawy ryzu i rekodziel oraz jest regularnie wspierana przez dostawy zywnosci z ONZ-u. Lud Akha ma takze swoj jezyk, odrebny od laotanskiego. "YUMUMA" (= Dzien dobry) wolaja za nami rozbrykane i "umorusane" dzieciaki.









Nocujemy w specjalnie skonstruowanej na potrzeby gosci takich jak my chatce bambusowej zaraz obok miejscowej szkolki. Dzieciaki towarzysza nam do samego wieczora. Kolejny wyborny posilek, mistrzostwo swiata dla naszych kuchmistrzow za wyczarowanie nastepnej uczty! Ryz a la Laos (obowiazkowo ugotowany do postaci klejacej sie papki), sos pomidorowy z warzywami, zupa ktora troszke przypomniala mi polski "Kapusniak" i rozrobione z ziolami papryczki chilli dla zwolennikow pikantnych smakow, do ktorych jak najbardziej nalezymy. Na deser dwie butelki pedzonej w wiosce whiskey Lao Lao, ktora biesiadnie po kelychu skonsumowalismy. I jeszcze jeden i jeszcze raz... Zasypiamy w takt odglosow z nieodleglej dzungli.
O poranku sniadanko na swiezym powietrzu, herbatka zaparzona z zebranymi wczoraj w lesie korzeniami kardamonu. W prezencie od mieszkancow wioski otrzymujemy recznie robione bransoletki, wspomagamy groszem szkolke i zegnamy sie z tym magicznym miejscem rozmyslajac bez ilu zdobyczy cywilizacyjnych moglibysmy smialo sobie radzic kazdego dnia...



Wyprawa przez dzungle w dol w cale nie byla duzo latwiejsza niz ta pod gorke... Coz zwlaszcza, ze moje trampki rozpadly sie na trzy czesci i cala trase dziarsko i dzielnie Przemyslaw pokonal w klapeczkach!!! Ostatni przygotowany posilek (nie moge ich nie wspomniec bo bylo to jadlo nad jadlami!) baklazany, groszek zielony i dynia. I te przyprawy... Mmmmmmmmmm...





Powrociwszy do naszego miasteczka, cala druzyna wraz z naszym przewodnikiem zasiedlismy do spontanicznej "posiadowy" przy piwie Lao (tato nie wiem jak ja to zrobie ale musisz skosztowac Beer Lao - najlepszy browar swiata!!!) wspominajac miniona wyprawe do poznych godzin nocnych. Toastom w 6ciu jezykach swiata (po laotansku, polsku, angielsku, irlandzku, francusku i szwedzku) nie bylo konca.