Saturday, March 21, 2009

A NIGHT OUT IN KRABI



Huge hello to Aoife, Michael, Michelle and Sean. Happy travels.

Thursday, March 19, 2009

FACES OF THE WORLD / TWARZE SWIATA VOL. 6



LAKES, APES AND UKULELES...A QUICK STOP IN SUMATRA



Two things to note if you ever find yourself making the ferry trip from Penang to Medan in Indonesia: 1) Make sure to get up early enough to fill your belly with a good breakfast (unless you fancy some dodgy chicken flavoured pot noodles) and 2) No matter how many times you are told that it is a four hour boat-ride don't believe them, ITS SEVEN! Hence we were very ravenous boys as we approached Medan. First impression of the city was that it was a dusty, noisy and chaotic place. I'm afraid we didn't allow much further exploration time. We just gobbled down some nasi goreng (fried rice with veg) and lay our weary bodies down to get some sleep before the next days adventure.

Ok! So this is were I tell you why you should visit Indonesia... We boarded an early morning public bus headed for Bukit Lawang. On this bus we chatted to some ever friendly locals, listened to a local punk sing to the tune of his ukulele, learned a few words in bahasa and saw some seriously beautiful country-side too. Several hours later we found ourselves in Bukit Lawang, an impossibly picturesque little village surrounded by rainforest. In 2004 a flash flood destroyed the community, killing almost two hundred people. There is nobody in Bukit Lawang who has not been deeply affected. Since then however, they have completely rebuilt the entire village along with the entire community. One would be hard pressed to come across such overwhelming positivity anywhere in the world. Bukit Lawang is a very special place.





In the same way the Bukit Lawang sleeps when it gets dark, it rises at first light and so did we. A big breakfast and we were guided into the jungle. Bukit Lawang is famous for its orangutan preservation and rehabilitation programme and is one of very few places in the world where wild orangutans can be seen. We were therefore beside ourselves as we trekked off into the wilds.



Monkeys are far more prevalent than humans in these parts and as you trek through the forest you can hear them jump around overhead. Macaques and Sumatran leaf monkeys can be spotted just about anywhere, even in the village. We also stumbled across a massive poisonous centipede out for a stroll. The sight of orangutans in the wild, however, is something you can never forget. The inquistive stare of these apes stays with you. Looking at the expressive face of an orangutan leaves you in no doubt that they think thoughts just as we humans do. Seeing these creatures in the wild was something that will stay with us forever and our stay at Bukit Lawang made it all the more special.





Time allowed us one more place to visit on our short but sweet Indonesian experience. We chose Samosir Island on Lake Toba as our second destination and if we've ever made a good decision (and I think we have e.g. a year long holiday) then Lake Toba was certainly one of them. If relaxing is something you enjoy, and we do, then you need to visit Samosir Island. Imagine this... a beautiful lake-side chalet in the unique Samosir style set in landscaped gardens with an on site restaurant/bar also in the local style and within a stonesthrow of many equally beautiful lake-side restaurants and cafes...and for roughly two euro between us! The lake is great for swimming too. We relaxed like we've never relaxed before and left with smiles on our faces knowing that we hadn't seen the last of Lake Toba.





Wednesday, March 18, 2009

NIEPLANOWANE LAKOCIE I JADOWITA STONOGA CHILLI TYDZIEN NA SUMATRZE



Choc siedmio-godzinna podroz promem z Penang na Sumatre pozostawila wiele do zyczenia (ewidentne symptomy zarowno choroby morskiej jak i czesciowego zamarzniecia w syberyjskich temperaturach klimatyzowanej sali pasazerskiej), trudno nie bylo czuc podekscytowania doplywajac do kolejnego punktu naszej podrozy dookola swiata - Indonezji...
Po nocy spedzonej w raczej szaro-burym miescie Medan, zbieramy czym predzej manatki i ruszamy ku kolejnej przygodzie tym razem w Bukit Lawang. To dzwieczne w nazwie miejsce okazuje sie byc rajska enklawa spokoju z cudowna, goscinna lokalna spolecznoscia, bambusowa uliczka wzdluz szumiacej rzeki oraz gesta i bogata we flore i faune dzungla w roli pani sasiadki "zza plota" a raczej zza mostu. Az trudno uwierzyc w usmiechy i serdecznosc gospodarzy zwazywszy, ze zaledwie trzy lata temu wioska ta dotknieta byla katastroficznymi powodziami i stracila wielu ze swoich mieszkancow. Zakochani od pierwszych krokow, tak jak kilka miesiecy temu w Darjeeling juz "na dzien dobry" postanawiamy tutaj zabawic na dluzej. Wyjatkowa atmosfera, kolyszaca cisza, polacie zieleni i nasza bambusowa chatka co to bardziej zgrzebna i prymitywna juz byc nie mogla z zimna woda z kubelka, bez wiatraka czy moskitiery, z marniutka zaroweczka w kacie i materacem na ziemi ale przy 1 euro od osoby za nocleg wybrzydzac byloby grzechem.





Indonezja poczatkowo nie uwzgledniona w naszych planach, pojawila sie dosc spontanicznie dopiero w Malezji kiedy zdalismy sobie sprawe jak latwo i bez komplikacji mozemy sie na Sumatre przeprawic i co najistotniejsze tym samym miec unikalna szanse zobaczyc orangutany w ich naturalnym srodowisku. Populacja tych czlekoksztaltnych malp tutaj na wyspie jest bowiem jednym z najwazniejszych skupisk tego gatunku na swiecie. Bukit Lawang ma ponadto niebagatelne zaslugi na polu wprowadzania na ponow w dziki tryb zycia orangutanow odratowanych z nielegalnych prywatnych kolekcji. Skomplikowany proces wielomiesiecznych prob, przy kazdorazowym z okazow, powiodl sie tutaj wielokrotnie dzieki pracy zaangazowanej grupy ekspertow w tej dziedzinie.





Indonezje zapamietamy juz na zawsze dzieki rewelacyjnej i satysfakcjonujacej w 100% wyprawie w glab dzungli w poszukiwaniu wlasnie tych fascynujacych stworzen. Podczas calodziennej ekspedycji poznalismy takze innych domownikow lasow deszczowych w Bukit Lawang: mrowki "gigantki", jadowita stonoge (okolo 30cm!!!), ktora zasiala chwilowe zaniepokojenie wsrod naszych przewodnikow, makaki i inne mniej lub bardziej zidentyfikowane "malpiszony".







Obserwowanie orangutanow, najblizszych w genie DNA stworzen czlowiekowi, "na dziko" jest nie do opisania. Juz przy pierwszym z kilku okazow serca mocniej zabily, jest cos niewiarygodnie ludzkiego w tych rudych zwierzakach. Sposob w jaki patrza na czlowieka jest dziwnie znajomy. Bylem juz Antonim i Hanna Gucwinskimi jednoczesnie w Nepalu, kiedys nawet Janem Suzinem na kwileczke, no a teraz to chyba juz bylem Michalem Suminskim (ech czy ktos jeszcze pamieta poniedzialkowe "Zwierzynce"???)... Najmagiczniejsza z chwil byla ta gdy w oddali z zielonych polaci drzew wylonila sie mama orangutan ze swoja pociecha. Ku naszemu zaskoczeniu, zauwazywszy nas przykucnietych w dolnych partiach lasu i ona postanowila sie nam poprzygladac z bliska. W ten sposob w odleglosci zaledwie kilku metrow miedzy nami, zaaranzowala sie niespodziewana mini strefa obserwacyjna tak dla nas jak i pani Orangutanowej z bobasem. Piekne, wzruszajace chwile...



W upale i skwarze, pod gorke i w strugach potu ale bardzo hati-hati ("ostroznie" w jezyku bahasa) dalismy rade i spisalismy sie na globtroterowy medal, przynajmniej w kategoriach "naturszczykow" w tej dyscyplinie...
Z Bukit Lawang latana trasa a la patchwork w 6-ciu roznych srodkach transportu wreszcie trafiamy na wyspe Samosir nad malowniczym jeziorem Toba. Osiadamy w jednej z wyspiarskich wiosek o sympatycznej i skadinad znajomo brzmiacej nazwie Tuk-Tuk. Samosir jest najwieksza wyspa na wyspie na swiecie ale jej glowna zaleta sa bajkowe krajobrazy z artystycznie tkanymi przez tajemnicze sily atmosferyczne chmurami i osobliwa architektura w rdzennym ludowym stylu Batak. Swojskie, wiejskie, zielone pejzaze, zrelaksowana aura, "cichosza", slodkie odsapniecie... Blogo, rzesko i z usmiechem na twarzach spedzilismy w Tuk-Tuk kilka dni nie dziwiac sie ani trooszke, ze niektorzy docieraja tutaj i zostaja na cale nieplanowane tygodnie.





Indonezja trafila znienacka na liste naszych podrozy z przyszlosci. Pewnego pieknego dnia wrocimy do tego kraju na dluzej by odkryc jego kolejne wyspy Jawe i Bali. W tym najwiekszym muzulmanskim i czwartym co do ilosci mieszkancow kraju swiata spotkalismy sie z ogromna otwartoscia, najcieplejsza goscinnoscia i niespotykana zyczliwoscia. A i jadlo sie nam smakowicie i do syta. Tradycyjna salatke gado-gado, owoce tamarilo czy zapiekane jarzynki w ryzu (nasi-goreng) zapamietamy na dlugo. A ze o piwku Bintang juz nawet nie wspomne...



Friday, March 6, 2009

FACES OF THE WORLD / TWARZE SWIATA VOL. 5



TO KATJA AND NATASA...



Lep pozdrav,
lepo vas je bilo skecati
ce se slucajno kdaj znajdeta
na irskem se oglasita
se vidimo.

POCZTOWKI Z / POSTCARDS FROM PENANG


















Bye-bye Malaysia....

Thursday, March 5, 2009

HERBATKA W DZUNGLI

Ze skapanego w sloncu Kuala Lumpur wybieramy sie do Cameron Highlands, jedynego w tej czesci Malezji zakatka gdzie tropikalne temperatury i nieznosna wilgotnosc powietrza nigdy nie doskwieraja. Tanah Rata, nasz dom na najblizszych kilka chlodnych dni (ach coz to za odrobina luksusu bo "upoconyc" tygodniach zwlaszcza dla takiego zimoludka jak ja), jest lekko enigmatyczna acz zyczliwa miescinka opatulona basniowa mgla i zanurzona w monochromatycznej scenerii zielonych wzgorz herbacianych i dzungli. Mini miasteczkowa, tajemnicza aura nasuwa natychmiastowe skojarzenia z Lynchowskim Twin Peaks...
Glowna uliczka w Tanah Rata jest kompendium tego wszystkiego czego globtroter moze w danej chwili potrzebowac. A wszystko na wyciagniecie reki: bankomat, internet, poczta, tani supermarket, solidny wybor restauracji, fryzjer plus sklepy z wszelkim asortymentem, takie azjatyckie "1001 Drobiazgow":-) Jest deszczowo, jesiennie, przytulnie i domowo. Zasypiajac przy dzwiekach zoologicznej symfonii dobiegajacej z gestych lasow deszczowych i "zzaokiennych" zaawansowanych prob swierszczy i cykad, ciesze sie jak dziecko na nadchodzace przygody.





Perypetie Przemyslawa i Leslawa w Cameron Highlands rozpoczynamy agro-turystyczna nuta, jakze tutaj istotna, bowiem miejsce to zaopatruje w warzywa cala Malezje i Singapur a w kwiaty ponadto Koree Poludniowa i Japonie! A truskawki hoduje sie tu tylko ku uciesze turystow. Podczas naszej wycieczki odwiedzamy zakladay pszczelarskie, farme truskawek, centrum hodowli motyli z okazala wystawa tropikalnychowadow, gadow i plazow, ogrody rozane oraz "gwozdz programu" najwieksza w Azji Poludniowo-Wschodniej renomowana plantacje herbaty Boh.
Herbaciane pola, ktorymi pokryte sa kilometry wzgorz, maja niepowtarzalny urok i sa idealnym obiektem do soczystej, zielonej fotografii. Kubek swiezo zaparzonej herbatki Boh mniammmmmm...











Drugi dzien jest wiekopomna chwila w moim zyciu. Moja pierwsza wyprawa w glab najprawdziwszej dzungli! Frajda! W towarzystwie czujnych przewodnikow, przedstawicieli miejscowego plemienia orang-asi, po dwoch godzinach przedzierania sie przez gaszcze, haszcze, bagna i gorskie strumyki odnajdujemy cel naszej wedrowki... Oto przed nami w pelnej krasie prezentuje sie Raflezja najwiekszy kwiat na swiecie! Urodziwe to aczkolwiek dalekie od rozanych aromatow botaniczne dziwo. Ta rzadka roslina rosnie poza Malezja jeszcze tylko w Poludniowej Tajlandii i na Sumatrze. Mamy farta bo poza sezonem zobaczyc chocby pojedynczy okaz tej kwitnacej zaledwie przez trzy dni rosliny jest niezla gratka! Dla naszych wybitnie doswiadczonych przewodnikow o sokolim wzroku nie ma rzeczy niemozliwych.





Pod okiem kapitana naszej egzotycznej eskapady kosztujemy lesne, niebagatelnie kwasne, nieznane nam owoce, podziwiamy rzadkie okazy orchidei i gasimy pragnienie lykiemrzeskiej, zrodlanej wody z wnetrza bambusowych konarow. Pelne ciekawostek calodzienne spotkanie z natura znow w miedzynarodowej ekipie globtroterskiej w skladzie Francja, Kanada, Slowenia i Oman.





W drewnianym barze o nazwie Jungle wznosimy wspolnie toast z nowo poznanymi przyjaciolmi za niezwykle udany pobyt w Cameron Highlands...

BRAVING LEECHES IN THE CAMERON HIGHLANDS





The rains came down as our slightly less deluxe bus came to a halt at the bus station of Tanah Rata in the Cameron Highlands making us feel instantly at home. It's probably a little mean of us to say but we really miss the rain sometimes. We were quite excited as we pulled our hoodies from our bags and took to the streets to brave the weather. Les for one was pretty delighted to find a number of South Indian restaurants on the main street. I'll have the masala dosa thanks!



Not quite ready for the adventure trek on our first morning, we decided to ease ourselves into the activities with the 'country-side tour'. We rose at dawn and applied insect repellent galore, then tucked our trousers into our socks and donned long sleeves in preparation for the leeches of the Malaysian rainforests. Of course we realised that none of the above was necessary as we had enrolled for a family style tour suitable for kids and pensioners alike and which certainly didn't involve leech infested jungles. We did, however, take in a pretty rose garden, a strawberry farm, a honeybee farm, a butterfly farm which was actually really impressive and contained really huge bird-like butterflies, scary beetles, scorpions, stick insects and even a few friendly turtles. On then to the Boh Tea Plantation with the promise of a cup of Boh tea and some much needed lunch. The Boh cafe looks out over stunningly beautiful tea covered hills and serves, quite possibly, the best egg-salad sandwich in the whole wide world. We even went back the next day just to be sure we hadn't imagined it.





Right then! We were ready for something a little more adventurous. Up at dawn once more and prepared again to come face to face with the leeches, only to learn later on that yet again our fine precautionary measures would go to waste as there weren't really any leeches about at all. We did trek into the rainforests this time though and went on the hunt for Rafflesia, the world's largest flower. Rafflesia blooms for just three days and then quickly dies off. We found one having trekked for about an hour and I can confirm that it was indeed very large, and rather smelly too. Leading the tour was a young man from a local tribe who gave us bamboo water, drank from freshly cut bamboo, to quench our thirst and offered us some extremely bitter fruit, also freshly picked, to snack on. We weren't at all embarrassed about our leech repelling efforts as we followed our bare-foot guide through the jungle paths.







Back in town later we hooked up with some of our new friends for some dinner and far too many drinks considering our imminent bus trip the following morning. Had great fun though, big hi to Aoife, Michael, Katja and Natasa. Aoife and Michael we really hope to catch up again soon to arrange our Paddy's day parade in Yangon. Katja and Natasa I hope Borneo was all you had hoped and that settling back to reality didn't prove too difficult. If you're ever in Dublin....