
Choc siedmio-godzinna podroz promem z Penang na Sumatre pozostawila wiele do zyczenia (ewidentne symptomy zarowno choroby morskiej jak i czesciowego zamarzniecia w syberyjskich temperaturach klimatyzowanej sali pasazerskiej), trudno nie bylo czuc podekscytowania doplywajac do kolejnego punktu naszej podrozy dookola swiata - Indonezji...
Po nocy spedzonej w raczej szaro-burym miescie Medan, zbieramy czym predzej manatki i ruszamy ku kolejnej przygodzie tym razem w Bukit Lawang. To dzwieczne w nazwie miejsce okazuje sie byc rajska enklawa spokoju z cudowna, goscinna lokalna spolecznoscia, bambusowa uliczka wzdluz szumiacej rzeki oraz gesta i bogata we flore i faune dzungla w roli pani sasiadki "zza plota" a raczej zza mostu. Az trudno uwierzyc w usmiechy i serdecznosc gospodarzy zwazywszy, ze zaledwie trzy lata temu wioska ta dotknieta byla katastroficznymi powodziami i stracila wielu ze swoich mieszkancow. Zakochani od pierwszych krokow, tak jak kilka miesiecy temu w Darjeeling juz "na dzien dobry" postanawiamy tutaj zabawic na dluzej. Wyjatkowa atmosfera, kolyszaca cisza, polacie zieleni i nasza bambusowa chatka co to bardziej zgrzebna i prymitywna juz byc nie mogla z zimna woda z kubelka, bez wiatraka czy moskitiery, z marniutka zaroweczka w kacie i materacem na ziemi ale przy 1 euro od osoby za nocleg wybrzydzac byloby grzechem.


Indonezja poczatkowo nie uwzgledniona w naszych planach, pojawila sie dosc spontanicznie dopiero w Malezji kiedy zdalismy sobie sprawe jak latwo i bez komplikacji mozemy sie na Sumatre przeprawic i co najistotniejsze tym samym miec unikalna szanse zobaczyc orangutany w ich naturalnym srodowisku. Populacja tych czlekoksztaltnych malp tutaj na wyspie jest bowiem jednym z najwazniejszych skupisk tego gatunku na swiecie. Bukit Lawang ma ponadto niebagatelne zaslugi na polu wprowadzania na ponow w dziki tryb zycia orangutanow odratowanych z nielegalnych prywatnych kolekcji. Skomplikowany proces wielomiesiecznych prob, przy kazdorazowym z okazow, powiodl sie tutaj wielokrotnie dzieki pracy zaangazowanej grupy ekspertow w tej dziedzinie.


Indonezje zapamietamy juz na zawsze dzieki rewelacyjnej i satysfakcjonujacej w 100% wyprawie w glab dzungli w poszukiwaniu wlasnie tych fascynujacych stworzen. Podczas calodziennej ekspedycji poznalismy takze innych domownikow lasow deszczowych w Bukit Lawang: mrowki "gigantki", jadowita stonoge (okolo 30cm!!!), ktora zasiala chwilowe zaniepokojenie wsrod naszych przewodnikow, makaki i inne mniej lub bardziej zidentyfikowane "malpiszony".



Obserwowanie orangutanow, najblizszych w genie DNA stworzen czlowiekowi, "na dziko" jest nie do opisania. Juz przy pierwszym z kilku okazow serca mocniej zabily, jest cos niewiarygodnie ludzkiego w tych rudych zwierzakach. Sposob w jaki patrza na czlowieka jest dziwnie znajomy. Bylem juz Antonim i Hanna Gucwinskimi jednoczesnie w Nepalu, kiedys nawet Janem Suzinem na kwileczke, no a teraz to chyba juz bylem Michalem Suminskim (ech czy ktos jeszcze pamieta poniedzialkowe "Zwierzynce"???)... Najmagiczniejsza z chwil byla ta gdy w oddali z zielonych polaci drzew wylonila sie mama orangutan ze swoja pociecha. Ku naszemu zaskoczeniu, zauwazywszy nas przykucnietych w dolnych partiach lasu i ona postanowila sie nam poprzygladac z bliska. W ten sposob w odleglosci zaledwie kilku metrow miedzy nami, zaaranzowala sie niespodziewana mini strefa obserwacyjna tak dla nas jak i pani Orangutanowej z bobasem. Piekne, wzruszajace chwile...

W upale i skwarze, pod gorke i w strugach potu ale bardzo hati-hati ("ostroznie" w jezyku bahasa) dalismy rade i spisalismy sie na globtroterowy medal, przynajmniej w kategoriach "naturszczykow" w tej dyscyplinie...
Z Bukit Lawang latana trasa a la patchwork w 6-ciu roznych srodkach transportu wreszcie trafiamy na wyspe Samosir nad malowniczym jeziorem Toba. Osiadamy w jednej z wyspiarskich wiosek o sympatycznej i skadinad znajomo brzmiacej nazwie Tuk-Tuk. Samosir jest najwieksza wyspa na wyspie na swiecie ale jej glowna zaleta sa bajkowe krajobrazy z artystycznie tkanymi przez tajemnicze sily atmosferyczne chmurami i osobliwa architektura w rdzennym ludowym stylu Batak. Swojskie, wiejskie, zielone pejzaze, zrelaksowana aura, "cichosza", slodkie odsapniecie... Blogo, rzesko i z usmiechem na twarzach spedzilismy w Tuk-Tuk kilka dni nie dziwiac sie ani trooszke, ze niektorzy docieraja tutaj i zostaja na cale nieplanowane tygodnie.


Indonezja trafila znienacka na liste naszych podrozy z przyszlosci. Pewnego pieknego dnia wrocimy do tego kraju na dluzej by odkryc jego kolejne wyspy Jawe i Bali. W tym najwiekszym muzulmanskim i czwartym co do ilosci mieszkancow kraju swiata spotkalismy sie z ogromna otwartoscia, najcieplejsza goscinnoscia i niespotykana zyczliwoscia. A i jadlo sie nam smakowicie i do syta. Tradycyjna salatke gado-gado, owoce tamarilo czy zapiekane jarzynki w ryzu (nasi-goreng) zapamietamy na dlugo. A ze o piwku Bintang juz nawet nie wspomne...
