Friday, March 6, 2009

Thursday, March 5, 2009

HERBATKA W DZUNGLI

Ze skapanego w sloncu Kuala Lumpur wybieramy sie do Cameron Highlands, jedynego w tej czesci Malezji zakatka gdzie tropikalne temperatury i nieznosna wilgotnosc powietrza nigdy nie doskwieraja. Tanah Rata, nasz dom na najblizszych kilka chlodnych dni (ach coz to za odrobina luksusu bo "upoconyc" tygodniach zwlaszcza dla takiego zimoludka jak ja), jest lekko enigmatyczna acz zyczliwa miescinka opatulona basniowa mgla i zanurzona w monochromatycznej scenerii zielonych wzgorz herbacianych i dzungli. Mini miasteczkowa, tajemnicza aura nasuwa natychmiastowe skojarzenia z Lynchowskim Twin Peaks...
Glowna uliczka w Tanah Rata jest kompendium tego wszystkiego czego globtroter moze w danej chwili potrzebowac. A wszystko na wyciagniecie reki: bankomat, internet, poczta, tani supermarket, solidny wybor restauracji, fryzjer plus sklepy z wszelkim asortymentem, takie azjatyckie "1001 Drobiazgow":-) Jest deszczowo, jesiennie, przytulnie i domowo. Zasypiajac przy dzwiekach zoologicznej symfonii dobiegajacej z gestych lasow deszczowych i "zzaokiennych" zaawansowanych prob swierszczy i cykad, ciesze sie jak dziecko na nadchodzace przygody.





Perypetie Przemyslawa i Leslawa w Cameron Highlands rozpoczynamy agro-turystyczna nuta, jakze tutaj istotna, bowiem miejsce to zaopatruje w warzywa cala Malezje i Singapur a w kwiaty ponadto Koree Poludniowa i Japonie! A truskawki hoduje sie tu tylko ku uciesze turystow. Podczas naszej wycieczki odwiedzamy zakladay pszczelarskie, farme truskawek, centrum hodowli motyli z okazala wystawa tropikalnychowadow, gadow i plazow, ogrody rozane oraz "gwozdz programu" najwieksza w Azji Poludniowo-Wschodniej renomowana plantacje herbaty Boh.
Herbaciane pola, ktorymi pokryte sa kilometry wzgorz, maja niepowtarzalny urok i sa idealnym obiektem do soczystej, zielonej fotografii. Kubek swiezo zaparzonej herbatki Boh mniammmmmm...











Drugi dzien jest wiekopomna chwila w moim zyciu. Moja pierwsza wyprawa w glab najprawdziwszej dzungli! Frajda! W towarzystwie czujnych przewodnikow, przedstawicieli miejscowego plemienia orang-asi, po dwoch godzinach przedzierania sie przez gaszcze, haszcze, bagna i gorskie strumyki odnajdujemy cel naszej wedrowki... Oto przed nami w pelnej krasie prezentuje sie Raflezja najwiekszy kwiat na swiecie! Urodziwe to aczkolwiek dalekie od rozanych aromatow botaniczne dziwo. Ta rzadka roslina rosnie poza Malezja jeszcze tylko w Poludniowej Tajlandii i na Sumatrze. Mamy farta bo poza sezonem zobaczyc chocby pojedynczy okaz tej kwitnacej zaledwie przez trzy dni rosliny jest niezla gratka! Dla naszych wybitnie doswiadczonych przewodnikow o sokolim wzroku nie ma rzeczy niemozliwych.





Pod okiem kapitana naszej egzotycznej eskapady kosztujemy lesne, niebagatelnie kwasne, nieznane nam owoce, podziwiamy rzadkie okazy orchidei i gasimy pragnienie lykiemrzeskiej, zrodlanej wody z wnetrza bambusowych konarow. Pelne ciekawostek calodzienne spotkanie z natura znow w miedzynarodowej ekipie globtroterskiej w skladzie Francja, Kanada, Slowenia i Oman.





W drewnianym barze o nazwie Jungle wznosimy wspolnie toast z nowo poznanymi przyjaciolmi za niezwykle udany pobyt w Cameron Highlands...

BRAVING LEECHES IN THE CAMERON HIGHLANDS





The rains came down as our slightly less deluxe bus came to a halt at the bus station of Tanah Rata in the Cameron Highlands making us feel instantly at home. It's probably a little mean of us to say but we really miss the rain sometimes. We were quite excited as we pulled our hoodies from our bags and took to the streets to brave the weather. Les for one was pretty delighted to find a number of South Indian restaurants on the main street. I'll have the masala dosa thanks!



Not quite ready for the adventure trek on our first morning, we decided to ease ourselves into the activities with the 'country-side tour'. We rose at dawn and applied insect repellent galore, then tucked our trousers into our socks and donned long sleeves in preparation for the leeches of the Malaysian rainforests. Of course we realised that none of the above was necessary as we had enrolled for a family style tour suitable for kids and pensioners alike and which certainly didn't involve leech infested jungles. We did, however, take in a pretty rose garden, a strawberry farm, a honeybee farm, a butterfly farm which was actually really impressive and contained really huge bird-like butterflies, scary beetles, scorpions, stick insects and even a few friendly turtles. On then to the Boh Tea Plantation with the promise of a cup of Boh tea and some much needed lunch. The Boh cafe looks out over stunningly beautiful tea covered hills and serves, quite possibly, the best egg-salad sandwich in the whole wide world. We even went back the next day just to be sure we hadn't imagined it.





Right then! We were ready for something a little more adventurous. Up at dawn once more and prepared again to come face to face with the leeches, only to learn later on that yet again our fine precautionary measures would go to waste as there weren't really any leeches about at all. We did trek into the rainforests this time though and went on the hunt for Rafflesia, the world's largest flower. Rafflesia blooms for just three days and then quickly dies off. We found one having trekked for about an hour and I can confirm that it was indeed very large, and rather smelly too. Leading the tour was a young man from a local tribe who gave us bamboo water, drank from freshly cut bamboo, to quench our thirst and offered us some extremely bitter fruit, also freshly picked, to snack on. We weren't at all embarrassed about our leech repelling efforts as we followed our bare-foot guide through the jungle paths.







Back in town later we hooked up with some of our new friends for some dinner and far too many drinks considering our imminent bus trip the following morning. Had great fun though, big hi to Aoife, Michael, Katja and Natasa. Aoife and Michael we really hope to catch up again soon to arrange our Paddy's day parade in Yangon. Katja and Natasa I hope Borneo was all you had hoped and that settling back to reality didn't prove too difficult. If you're ever in Dublin....

STREET ART AS SEEN IN KUALA LUMPUR

Dedicated to the Healthy-Obsession master of WLLNGTN street art Jaysin!









PRZEMYSLAW UGOTOWANY CHILLI ACH TEN UPAL W KL

Do stolicy Malezji docieramy podekscytowani, wypatrujac w oddali slynne wieze Petronas juz z autokaru. Nasza noclegownia (42ga juz z rzedu odkad rozpoczelismy nasza wedrowke we wrzesniu!) na najblizszych kilka dni jest Wheeler's Guesthouse z przesadnie strojnym kiczowatym wnetrzem oraz tarasowym mini-barem, ktorego unikatowa atmosfere tworzy urbanistyczny krajobraz wokolo i tysiace puszek po piwie Tiger.



Dzielnica chinska, w ktorej sie zatrzymujemy, ma tutaj swoj zadziorny urok, tajemnicze zaulki i obskorne na swoj slodki sposob lokalne bary i kawiarenki (na na na...). W naszych wedrowkach natrafiamy takze na kilka kolorowych chinskich smokow jako ze trwaja nadal kilkunastodniowe barwne obchody Chinskiego Nowego Roku. Czy ja juz wspominalem, ze podczas tych 12tu miesiecy wojazowanie dane nam bedzie witac Nowy Rok trzykrotnie??? Miejscami podobne architektonicznie do Singapuru, Kuala Lumpur jest duzo bardziej klimatyczne, zywiolowe i spontaniczne.





Po raz pierwszy od wyjazdu z Europy doswiadczamy deszczu!!! Tak, tak moi mili, od Kairu az po Malake w Malezji nie skropila nas ani jedna kropelka! A tutaj nie jakis tam kapusniaczek czy przelotna mrzawka ale oberwanie chmury z prawdziwego zdarzenia, z groznymi piorunami i wodospadami deszczu! Grazyna Padee lub Elzbieta Sommer ongis w telewizyjnym okienku pani chmurki mialyby na ten temat pewnie niezla pogadanke:-) (Mario a szadz w Dublinie szadz to Ty jeszcze pamietasz?) Lyk orzezwienia w tej nieprawdopodobnie dusznej i goracej metropolii.
Kuala Lumpur, zwane tutaj skrotowo KL, odkrywamy w ulubionym leniwym stylu. W sennym tempie, idealnym przy tak niemozliwych temperaturach, odwiedzamy wybrane miejsca a raz po raz obserwujemy zycie w tym miescie, jego mieszkancow, kolory, ruch i charakter na siedzaco z jednej z licznych kafejek saczac napoje a jakze orzezwiajace:-)





W sekcji zabytkowej najwieksze wrazenie robi Masjid Negara - fascynujaca, chlodna, minimalistyczna budowla i jeden z najwiekszych meczetow w Azji Poludniowo-Wschodniej jednoczesnie. Ten olbrzymi obiekt staje sie naszym schronem przed upalem podczas godzin kojacej spacerologii po jego chlodnych marmurowych posadzkach.







KL ma swoja imponujaca scene sztuki ulicznej graffiti, ktora namietnie staram sie uchwycic swoim fotograficznym okiem. Ale o tym w odrebnym "poscie" zdjeciowym za chwilke...
Na deser i zarazem ostatni dzien zostawilismy sobie wjazd na 41-wsze pietro slynnych wiez Petronas - najwyzszych na swiecie "wiez-blizniaczek" i drugiego co do wysokosci budynku swiata. Winda z przyszlosci, w czasie krotszym niz 40 sekund, wjezdzamy na poziom szklanego korytarza laczacego obie wieze skad podziwiamy nieprawdopodobny miejski krajobraz w futurystycznych ramach Kuala Lumpur. Niczym z lotu ptaka...
W skwarze slonca nachodzic musimy sie nie lada by "zmiescic" te architektoniczne giganty w calosci chocby na jednej fotografii. To kolejna z tych chwil kiedy ciezko nam uwierzyc, ze mozemy robic to co robimy. W kolejce po poranne bilety stoimy w arcymiedzynarodowej obsadzie wsrod turystow z Iranu, USA, Tajwanu, Uzbekistanu i Slowacji... Popularnosc tych modernistycznych budowlanych "cacek" dawno juz obiegla caly glob. Imponujace kolosy!









Poza niestrudzonymi, rycerskimi niemalze ekspedycjami w pocie czola w poszukiwaniu rzadszych niz czarne perly, restauracji wegetarianskich przy kazdorazowym posilku, nasz pobyt w stolicy Malezji uplynal latwo, bezstresowo i przyjemnie pozostawiwszy duzo cieplejsze wspomnienia niz te z Singapuru...



KUALA LUMPUR - SEATED!





The wall of heat nearly knocked us as we stepped off our air-conditioned super-deluxe bus on to the streets of Kuala Lumpur. Having sweated into our back-packs as we trundled around looking for a nice home, we eventually settled on 'Wheelers Guest-house' in the heart of Chinatown, one of our most atmospheric choices yet.



We then took a little wander outside to soak up some atmosphere. Chinatown in Kuala Lumpur has a bit of an edge to it. Tiny Chinese coffee houses sit nestled between stall after stall of colourful trainers and hoodies (if you're in search of some cheap knock-off products KL is the place to hit), and a considerable presence of some rather dubious female(?)characters always ready with a smile. Two pairs of fake Converse Allstars later, a red and blue pair for Les and a very dashing gold pair for Przem, we went in search of some veggie food, not an easy task in KL by any means. It took quite a while but we managed to track down a small family run restaurant where TV took precedence over pesky customers but the food was damn tasty. Definitely quite the local experience.



Next afternoon and we found ourselves washing our feet outside one of South East Asia's largest mosques. Inside was a cool peaceful retreat with huge latticed windows, hundreds of tall white columns, and water features all around, the only sound in the otherwise silent complex. Westerners wearing lilac robes, obtained outside the mosque, came in and out of view through the hall of pillars. We hung out for a while to enjoy our nice clean feet on the cool marble floors.





A visit to the Petronas Towers saw us up forty-one floors in forty seconds in the fastest elevator in the world(probably). The views from the bridge between the tallest twin towers in the world was rather incredible. Sky-scrapers spread for miles and millions of people rushed about like busy little ants at their business. How very nice not to be part of the work-force for a year, up the holidays!!!!





It has to be said that we didn't concern ourselves with seeing every sight in Kuala Lumpur. We opted instead to experience it from the comfort our seats. Sitting down is such an under-rated passtime and we thoroughly enjoyed our KL experience sat on our derierres.