Sunday, May 3, 2009

ZIELONO NAM W SAPIE...

Tym razem kochani zamiast tradycyjnego mini-reportazu postanowilismy z Lesem powybierac 10 ulubionych fotografii kazdy z krainy fantazji w polnocnym Wietnamie co sie SAPA zowie... Oto moja zlota (czy raczej zielona) dziesiatka:



No pelna synchronizacja kolorystyczna. Ze oko mam mauski do takich widokow to i fotka sie uroczo prezentuje...



Biznesmen w wieku 2 lat:-) Chyba najslodsze ujecie z Sapy...



Zamglony, chmurami otulony, bajkowy widok z balkonu naszego pokoju hotelowego... Odrobina orzezwiajacego chlodu w tych niepoprawnie goracych tygodniach w Azji Pd-Wsch.



Kobiety plemienia Czarnych Hmong szykuja sie poranna pora do kolejnego dnia pracy ze swoimi pamiatkarsko-rekodzielnymi przenosnymi sklepikami w formie wiklinowych koszy. Te stroje!!!!!! Misternie tkane szaty. Tekstylne perly niejednokrotnie prezentujace sie jak na pokazach haute couture...



Tak malownicze jest miasteczko, w ktorym sie zatrzymalismy by wyruszyc ku ryzowym wedrowkom. Rynek glowny jest takze siedziba ulicznego bazaru. I te artystyczne chmury... Bajka...



Kobiety z plemienia Czerwonych Dzao przy swoim straganie z rekodzielami, ktore nieustannie kusza oko. Ciezki kawalek chleba (patrz pani ekspedientka po lewej...). Z czterech plemion zamieszkujacych Sape to wlasnie kobiety tego wysokogorskiego szczepu nosza najbardziej finezyjne nakrycia glowy.



Wyborne smazone sajgonki z sosem sojowym i lisciem musztardowym, idealna przekaska przed kazdorazowo wysmienitym posilkiem w naszej ulubionej restauracji w Sapie zwanej GERBERA.



Jak wszystkie szkraby w calej Azji i ta rozbrykana i przesympatyczna gromadka skradla nasze serca. Ilez radosci jest w ich usmiechach?



Jeden z tych kadrow uchwyconych w ulamku sekundy, bohatera tejze fotografii obserwowalismy wedrujac po ryzowych wzgorzach od dluzszej chwili i los tak chcial ze wpadlismy na niego w tej wlasnie magicznej chwili calkiem z bliska. Czy moge nieskromnie stwierdzic, ze uwielbiam to zdjecie?



Pola Ryzowe az po horyzont, ktorymi otulona jest cala ta czarodziejska kraina. Widok, ktorym upajalismy sie godzinami nie mogac wyjsc z podziwu jaka artystka jest ta nasza matka Natura...

"BUY FROM MEEEEE"...10 FAVES FROM SAPA

A mere $7 should get you a room with a view like this...



...exactly how I imagined Sapa to look and it really did, the mist came down every day and added even more magic to the place...



...view from the window of Gerbera, our favourite restaurant in Sapa...



...entrance to the local market in Sapa town, more greens than you can shake a stick at...



...a sunburnt albino water buffalo, we would have offered him a bit of Nivea but we'd left it at the hotel...



...well someone has to keep it looking this good! With vast valleys covered in paddy fields, I don't know how they find time for watchin' telly...



...water logged rice terraces for as far as the eye can see...



...lunchtime rush in the sapa hills...



...and it really is this green...



..."you buy from me we no follow you" , some quite aggressive tribal sales women we encountered on a trek. The Sapa hills are home to a number of extremely colourful tribal groups, these sales ladies are of the Red Dzao tribe. It's quite hard to walk two steps without acquiring a few of them pushing their "handicraps"...

Wednesday, April 29, 2009

TRENDY SOCJALIZM I ZDROWY BROWAR WITAJCIE W HANOI!



25cio godzinna przeprawa z przygodami ze stolicy Laosu, Wientien do stolicy Wietnamu, Hanoi zostala nam wynagrodzona niemalze natychmiastowo fascynujacym pierwszym "rzutem oka" na socjalistyczna metropolie...
Miasto stoleczne Hanoi to kraina kontrastow. Z jednej strony modernistyczna urbanistyka z trendy barami, art deco, galerie, "dizajnerskie" lakocie mlodych utalentowanych projektantow wietnamskich i kluby niegrzecznie przekraczajace dozwolone godziny otwarcia...





Z drugiej strony tradycyjne budowle, osobliwie waskie kamienice, strojne swiatynie, orientalna rupieciarnia, buddyjski obledny kicz i najbardziej chyba nieokielznany ruch uliczny swiata. Tumult motocykli, taksowek, rowerowych rykszy. Zielone swiatlo, zebra czy pierwszenstwo dla pieszych sa terminami jedynie teoretycznymi w calym Wietnamie zreszta... Obled, mlyn, cyrk na kolkach (doslownie!) i kakofonia samochodowych klaksonow w wersji najbardziej ambitnych koncertow "Warszawskiej Jesieni"...







Propagandowe i profilaktyczne afisze skadinad znajomo wygladajace, caly ruch socjalistycznych suwenirow w tym t-shirtow z sierpem i mlotem, obowiazkowa wszechobecna czerwien, portrety wodza Ho Szi Mina... Wszystko to wymieszane z ulicznymi bazarami specjalizujacymi sie we wszystkich mozliwych asortymentach. Stragany i kramy z kulinarnymi specjalami. Modne ciuchowe przybytki, wachlarze i lampiony we wszystkich mozliwych odcieniach wszystkich mozliwych kolorow swiata, Lesowy raj kapeluszowy, "chodnikowe" pasmanterie, kokardki, koronki, cekiny, tasiemki, guziki, tiule i szale typu boa...









Dystrykt Starego Miasta to kilka zabytkowych perelek. Przystojna katedra sasiaduje z najstarsza buddyjska swiatynia stolicy. Tetniaca zyciem towarzyskim i kryjaca w sobie wiele sekretnych pomieszczen budowla zacheca do fotografowania.



Ha Noi to takze kosmopolityczny tygiel arcytowarzyski. Poznajemy sporo nowych postaci tak turystycznych jak i tych, ktore na stale z roznych powodow osiadly w stolicy Wietnamu. Scenariusze sa bardzo spontaniczne a i momentami zaskakujace. Popijajac piwko z nowo zapoznanymi sympatycznymi Finkami (studiujacymi w Chinach!) staramy sie nauczyc toastu po finsku przyciagajac uwage innego goscia tegoz baru, ktory znajac jezyk estonski (pokrewny finskiemu) dolacza do rozmowy. Kilka minut pozniej kolega okazuje sie byc Polakiem znajacym jezyk estonski i mieszkajacym na stale w Wietnamie. Uwielbiam takie niespodzianki!



Okazji do gromadnego biesiadowania jest multum. Zwlaszcza ze Wietnam znany jest ze swoich ulicznych barow serwujacych BIA HOI, piwo beczkowane bez srodkow konserwujacych, wiec zdrowsza wersja chmielnego napoju, ktory musi byc spozyty w ciagu 24 godzin od zakupu z browaru. Szklanica takiego bia hoi kosztuje 3000 Dongow (Wietnamska waluta) co jest odpowiednikiem jakichs 40tu groszy... Nie dziwota, ze w przybytkach Bia Hoi na plastikowych krzeselkach siedza dziesiatki Wietnamczykow i przyjezdnych, chlodzac sie "piwnie" przy pogodowym skwarze o kazdej porze dnia az do poznych godzin wieczornych.



W niedzielne przedpoludnie wybieramy sie takze do mauzoleum Ho Szi Mina. Niekonczaca sie kolejka (ironicznie troche jak w latach 80tych w naszym "kraju-raju"), mnostwo restrykcji, zakaz fotografowania i przedziwna minuta w obecnosci zabalsamowanego ciala przywodcy w absolutnej ciszy. Ponoc komunistyczny przywodca Wietnamu rokrocznie wysylany jest na 3-miesieczne "wakacje retuszujace" do Rosji (gdziezby indziej:-) stad wyglada jakby opuscil ten ziemski padol zaledwie wczoraj a nie ponad 40 lat temu...





Po tych lewicowych atrakcjach koimy dusze w wyciszonej i bajecznie fotogenicznej Swiatyni Literatury, ongis centrum edukacyjnym Wietnamu i najstarszym z tutejszych uniwersytetow.





Iscie azjatycka, zwariowana, cudownie chaotyczna i przebarwna to metropolia. W kategoriach aglomeracji miejskich, z ktorymi mielismy do tej pory do czynienia, Hanoi zrobilo na nas najbardziej piorunujace wrazenie i uwielbilismy sobie je nawet bardziej niz Mumbaj, Kair, Katmandu czy Bangkok... Kiedys powroce do Ha Noi z pusta walizka i zrealizuje te wszystkie zakupowe marzenia, na ktore nie bylo tym razem miejsca w plecaku. Porywajace miasto! Coz za smaczny poczatek naszych trzech tygodni wojazowania po Republice Wietnamu.



P.S. Czy Pan Slawomir nas jeszcze czytuje? Chyba zaczne po kolei do tablicy wywolywac...

OUR NEW BABIES...



hmmmm ...




hmmmm ...




SOLD!

Sunday, April 26, 2009

ANYONE FOR SOME SPEEDY PHO?... INTRODUCING HANOI





Good grief but the traffic is heavy in Hanoi! Going in all directions, horn-tooting away and completely oblivious to pedestrians and other motorists. Yet strangely it adds a little something to the addictive, speedy atmosphere of the city, if you don't mind taking your life into your own hands that is. Walking ahead, eyes peeled and hoping for the best seemed to work okay for us.



As our transport drove into the old quarter, the heart of Hanoi, our eyes were almost popping out of our little heads trying to take it all in. The hippest of shops sit beside the most local of plastic-stool-cafes advertising Pho(noodle soup) and com(rice dishes). Many of the businesses here seem to double up as family homes at night with people's living rooms spilling out onto the busy streets. Watching TV seems to be the hobby of choice here... yeah I could fit right in I think!





The Vietnamese really like their booze too. Many corners in the city are home to small bars, also of the plastic chair variety, selling Bia Hoi, a home brewed draught beer. It may not be the coldest beer in town but at roughly twelve cent a glass who's complaining? Not the people sitting outside that's for sure. These bars are brilliant places for meeting all sorts of people and when the beer runs out, you just move on to the next bar.



Between all the Pho and Bia Hoi we got some sights in too. Hoan Kiem Lake lies right in the centre of the old quarter and is one of the few places in town where you can walk around without moped-dodging all the way. Two temples stand on small islands on the lake, one of which can be visited by crossing a pretty japanese style footbridge. Inside is a huge embalmed giant turtle. Allegedly giant turtles still live in the lake but we didn't see any, I think the last sighting was a few years ago.



Nearby is the oldest temple in Hanoi, Bach Ma, which is, in true Hanoi style, a bustling hive of activity with lots of locals playing cards, drinking tea and even throwing in an ol' prayer here and there for good measure.



Outside the old quarter we visited the final resting place of Ho Chi Minh, who's body is embalmed and displayed in a glass case inside a very socialist looking building. Visiting time finishes at eleven a.m. and photography is prohibited, as are shorts, vests or other 'indecent' attire, so we had to get up quite early to make ourselves presentable. The queue was a mile long when we arrived and you get to see himself for one minute approximately so that the line keeps moving. Mr Minh looks remarkably well for someone who's been dead for forty years, like he only died yesterday. Apparently he heads off to Russia for three months of every year for a touch up.



The Temple of Literature also made for a pleasant visit. Traditionally a place of study for scholars of Confucius among others, it was the country's first national university. Five peaceful courtyards are linked by arched gateways leading to an inner sanctuary with lots of red and statues of people I didn't recognise, not so familiar with scholarly buddhists as it happens! Definitely the quietest place in the city.



Never managed to figure out what these numbers are for though, they're all over the city.